Z jednej strony “grass is allways greener on the other side”*, ale z drugiej “home sweet home”**.

Ciągle pędzimy gdzieś tam gdzie jest lepiej, ładniej a może przede wszystkim inaczej. A czy nie jest też tak jak mawiają Chińczycy, że gdziekolwiek nie pojedziesz zabierzesz swój cień ze sobą? Jak przymusowy bagaż podręczny bez możliwości nadania. Ze sobą ciągniemy też iskierki w oczach. Możemy być szczęśliwi bez względu na czas i miejsce. Ja mogę.

Kiedyś wydawało mi się, że szczęśliwa mogę być tylko Tam Gdzieś Daleko Stąd – co właściwie nie odnosiło się konkretnie do żadnego miejsca na Ziemi. Po prostu było to każde miejsce inne niż moje stałe zameldowanie. Teraz myślę sobie, że mogę być szcześliwa wszędzie. Stojąc w kolejce do Musee d’Orsay dwie godziny w deszczu czy w pełnym słońcu na wrocławskim rynku oglądając jak “Hey Joe” gra na gitarach ponad siedem tysięcy osób.

Kiedyś myślałam, że szczęśliwa mogę być tylko Kiedyś Daleko w Przyszłości. Teraz czuję, że mogę być po prostu szczęśliwa teraz. Nie musi to być Jutro czy jak mawiają latynosi mañana co oznacza bliżej nieokreśloną lub też określoną na bardzo daleką przyszłość.

Wcale nie oznacza to, że nie płaczę, nie wściekam się i nie odczuwam żadnych negatywnych emocji. Odczuwam. Tylko zaczynam zauważać te pozytywy, które są ciągle przy mnie cichutko. Ta równowaga pomiędzy nimi istnieje. Czasem udaje mi się ją złapać. Jak płynne huśtanie się do przodu i do tyłu bez plątania sznurków czy szarpania huśtawki :)

* Ang. trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie rzeki – angielskie powiedzonko przypominające ironicznie, że wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma :)

** ang. dom słodki dom

wiek macierzyństwa

22 Marzec 2012


Jakiś czas temu przeczytałam w Wysokich Obcasach artykuł mówiący o fazach w życiu kobiety, które zmieniają się co 7 lat. Okazało się, że jestem na przełomie 2 różnych faz: “odkrywania, szukania swojego domu” i “nauki matkowania sobie i innym”. Tym samym wchodzę w kolejny, nowy rozdział w moim życiu. Dwa z pozoru krańcowe wydarzenia medialne przykuły ostatnio moją uwagę. Celowo czekałam aby je skomentować, kiedy emocje i komentarze zaczną opadać by użyć ich do zobrazowania tematu pod zupełnie innym kątem.

Słynna sprawa małego dziecka, która nie była porwaniem, ale wypadkiem śmiertelnym niemowlęcia. To odkrycie poskutkowało tornadem fleszy i moralitetów, które wessało jej rodziców. Pomyślałam co gdyby naprawdę ona zabiła swoje dziecko… czy to takie trudne do wybaczenia osobie, która nie ma pracy i ledwo wiąże koniec z końcem i nie ma  perspektyw na wyrwanie się z tej beznadziei? Oczywiście po wielu artykułach, konferencjach prasowych i zmianach fryzur nikt nie wstawi się za nimi. Bo tak łatwo jest kogoś osądzić i obrzucić go stekiem wyzwisk. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień – niby taki znany cytat a brzmi tak obco w katolickim kraju.

W tym kraju, gdzie dziecko jest świętością nawet kosztem matki. A przecież  instrukcja na wypadek spadku ciśnienia w samolocie  mówi, że należy najpierw zadbać o swoje bezpieczeństwo by dopiero następnie pomóc dziecku. Bo ono bez nas nie przeżyje! Bo bez szczęśliwego spełnionego dorosłego* nie wychowa się szczęśliwe i zdrowe dziecko.

Inną sprawą, która szczególnie mnie poruszyła było wystąpienie pani Marii Czubaszek. Bardzo cenię ją za jej humor, inteligencję i jak się okazało również za odwagę wypowiadania swoich poglądów publicznie. Niezamierzenie wywołała wielką dyskusję na temat legalizacji aborcji stając się jednocześnie feministką walczącą na barykadzie. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu panią Marię odsądzono od czci i wiary za to, że postąpiła zgodnie z własnym sumieniem i pomysłem na życie.

Nie jestem obrońcą matek, które zakopują swoje dzieci pod gruzami ani nie namawiam nikogo do usuwania dzieci. Myślę jednak, że agresja mediów propaguje, potępia i kieruje zdaniem mas, które nie analizują tej  łatwej w konsumpcji papki. Dziennikarze uzurpują sobie prawo do wyboru w kogo można rzucić kamieniem.

Czemu kobieta nie miałaby stanowić o swoim szczęściu i decydować o ciele, w którym żyje i tym które żyje w niej? Bo nie umiem znaleźć jednego powodu aby tak nie miało być. Jeśli jest szczęśliwa i pragnie to szczęście pomnożyć to powinna mieć wszelkie prawo aby tak zrobić. Jeśli jednak szczęście ma dla niej zupełnie inną definicję to chyba nie można jej zakładać kagańca na głowę razem z krótką smyczą sądząc, że to sprawi jej radość.

Chciałabym abyśmy mogły wybrać czy chcemy mieć wielką rodzinę pełną skaczących maluszków, wychowywać samotnie jedynaka czy po prostu pilnować dzieci swoich sióstr czy też nie robić żadnej z tych rzeczy. Nie każda czuje  powołanie i gotowość by być matką kiedykolwiek czy akurat w tym momencie lecz niektórym z nas wmawia się, że to jedyny słuszny wariant pełnego życia. A jeśli nie urodzę tego dziecka przed 30tką to co? I choć bardzo bym chciała zostać kiedyś mamą, może nawet nie tylko jeden raz, ale los mi daje na razie inne zadania do wykonania. Zakładam sobie maskę na twarz i kamizelkę bezpieczeństwa… Ratuję siebie – przyszłą matkę swojego dziecka czy też to wewnętrzne dziecko w sobie!

*  czy raczej całej wioski dorosłych…

obietnice

28 Styczeń 2012


Czy są takie przysięgi, które można złożyć “na wieczność”? Czy jest jeszcze w ludziach taki honor i wytrwałość by ich dochowywać? I czy przede wszystkim jest jakiś cel i sens by to wszystko robić?

Zastanawia mnie instytucja małżeństwa i te mniej formalne związki między ludźmi… Próbuję odnaleźć swoją wiarę w siłę uczucia, która trzyma ludzi ze sobą latami. W taką szczerość i otwartość, która potrafi przestrzec kochaną czy też już-nie-do-końca-kochaną osobę przed cierpieniem. Bo chyba nie ma takiego uczucia, które by się nie kończyło… nie ma tej jednej jedynej idealnej połówki… są tylko bardziej lub mniej pasujące puzzle, które dodatkowo nie są przecież wieczne.

Obserwując małżeństwa czy też długotrwałe związki widzę tą stagnację i trwanie w tym co znane nawet jeśli nie do końca dobre i jednocześnie strach przed nieznanym. Przed byciem samemu ze sobą. Tak jakby miłość nie przynosiła ludziom szczęścia. Tylko czy to jest miłość?
I jednocześnie czy największe nawet uczucie może przetrwać szorstką szarość dnia codziennego tak by ciągle przynosiła obydwojgu satysfakcję? Milion przeczytanych poradników, wizyt u psychologa i rozmów z partnerem nie pomoże jeśli nie umiesz tego robić na codzień.

Obrączki na palcach są dla mnie obietnicą dla tej drugiej osoby a informacją dla wszystkich innych. Ale one nie muszą być złote. Może ich tam wcale nie być. Bo chodzi o te obietnice, które czynimy jedząc z kimś śniadanie, planując wspólną przyszłość nawet tak bliską jak wakacyjny wypad.
Przeczytałam kiedyś wywiad z pewną starszą panią, która powiedziała, że zdrada to tak naprawdę problem tej osoby, która zdradza. Jej wyboru moralnego i jej wyrzutów sumienia. Zdradzanego partnera to nie dotyczy. Bo to co naprawdę może boleć to kłamstwo. Kiedy człowiek okłamuje samego siebie, że kocha, że przecież nie robi krzywdy, że jest szczęśliwy… To jest to co krzywdzi nie tylko nas, ale i tą drugą osobę.

Znam tylko jedną taką parę, w której pokładam moje nadzieje. Parę, która funkcjonuje świetnie osobno jako indywidualne jednostki spełnione zawodowo. Dwie jednostki, które tworzą twórczą parę pasujących do siebie puzzli.  Są zupełnie zwyczajni, ale właśnie to dla mnie jest wartością, która mnie w nich zachwyca. A do tego potrafią jeszcze w mądry sposób wychowywać razem małego synka.
Kiedy spotykam się z nimi powraca moja głęboko schowana mała nadzieja, że naprawdę każdemu z nas przypisana jest przynajmniej jedna taka osoba na całe życie, z którą znów jesteśmy całością a nie tylko tą bardziej kwaśną połówką. Takie skwaszone jabłko może wydobyć słodki smak tej drugiej połowy, która w każdym innym zestawieniu była po prostu za kwaśna.

zmiany, zmiany, zmiany…

8 Styczeń 2012


Te wszystkie obietnice. W tym roku będę lepsza, piękniejsza, bogatsza… co się z nimi dzieje po Sylwestrze? Kiedy boli cię gardło od odliczania i “odliczania” na zimnie, kiedy pęka ci głowa, leżysz nie do końca u siebie lub nie do końca będąc sobą próbując ogarnąć wczorajszy koniec świata i związać go z początkiem nowej postapokaliptycznej rzeczywistości…

Ale czemu zaczynać od jutra, od poniedziałku, od stycznia?? Czemu nie zacząć dziś. Właśnie teraz. Pozwolić zmianom wydarzać się powoli i cichutko samemu rzucając pierwszy mały kamyczek do lawiny.

Nie. Nie zmieniło się nic. Nie jestem ani bardziej bogata ani piękniejsza ani nie mam cudownego księcia z bajki na śnieżnobiałym koniu… tudzież innych bardziej stereotypowych synonimów szczęścia.

Tak. Zmieniło się wszystko. Zmienił się mój sposób patrzenia na to co mnie otacza i reagowania na dobre i złe rzeczy, które dzieją się w moim życiu.

Jak to możliwe? Czy można nie mieć willi z basenem, rasowego psa, sportowego auta, markowych ciuchów, wymarzonego partnera i mimo wszystko nie pogrążać się w otchłani rozpaczy? Czy można cieszyć się padającym deszczem, wiejącym wiatrem, mrozem, słońcem?

Listopadowe popołudnie. Dwie gaduły stojące nad brzegiem rzeki obserwują kaczki grzebiące po dnie w poszukiwaniu pożywienia. Stoją, patrzą i milcząco obserwują chlapiące się w wodzie ptaki. Właśnie skończył się dziesięciodniowy kurs medytacji. Jedną z tych gaduł jestem ja. Druga to moja współlokatorka, życzliwa i dobra dziewczyna ze Śląska.

Zawsze zastanawiałam się jak można żyć w zakonie. Jakimkolwiek odgrodzonym od świata zewnętrznego miejscu z ostrą regułą, niewielkim wyborem jedzenia i ubrań. Wydawało mi się, że zwyczajny człowiek nie jest w stanie tego wytrzymać. A jednak. Nawet ta ukryta, nie tak znowu głęboko jakbym chciała, hedonistka, która siedzi we mnie przeżyła w takim odosobnieniu pełnych 10 dni. Ze skromnymi posiłkami i w skromnych ubraniach wstając dzień w dzień o 4tej nad ranem budzona gongiem. Nawet ja mogłam przetrwać te dni w milczeniu i skoncentrować się na sobie.

Wydawało mi się, że w absolutnej ciszy nie da się żyć. Bo zbyt mocno bałam się tego co w niej usłyszę. A okazało się, że usłyszałam moje pragnienia, uczucia i niesamowite pomysły. Piękne i dobre rzeczy, na które wcześniej ciągle zamykałam uszy bo bałam się ukrytych demonów. Odkryłam, że oprócz jeszcze bardziej oczywistych dla mnie wad mam zalety – a może jedne i drugie są po prostu cechami i w zależności od okoliczności będę potrafiła je wykorzystać na swoją korzyść lub niekorzyść. Odnalazłam w sobie wytrwałość w dążeniu do celu, wielką motywację do życia takiego jakim jest teraz. Doznałam spokoju i radości z oczyszczenia swoich myśli.

I dlatego polecam Wam wszystkim na nowy rok. Dajcie sobie szansę. Potraktujcie siebie jak swoje najukochańsze jedyne dziecko, któremu chcecie nieba przychylić. Od którego potraficie nie tylko wymagać, ale również docenić i pochwalić. Zaczynając od tego sami znajdziecie dla siebie najlepszą drogę i najlepsze rozwiązania do zmian.

Ja znalazłam swoje w wielu książkach, w spotkaniach z ludźmi, rozmowach, które doprowadziły mnie na kurs medytacji, który Wam serdecznie polecam. Zapisywać można się na stronie www.pl.dhamma.org.

Bądźcie szczęśliwi w tym Nowym Roku :)

singielka chce spać…

3 Listopad 2011


Czy nie jest tak, że to co piszemy podświadomie oddaje to co mieliśmy na myśli… nawet jeśli sami tego nie widzimy?

W tym Małym Wielkim Mieście wybór mieszkania pomiędzy miejscem jeden przystanek od mojego eks a miejscem jeden przystanek od dawnego przyjaciela nie jest doprawdy łatwym wyborem. Ale kiedy udało już się je znaleźć to jest mój najmniejszy problem!

Szukałam mieszkania. Znowu musiałam tłumaczyć się czemu nie mam z kim go wynajmować. Usłyszałam, że narzekam jak pewna, znana z czerni singielka z wielkim psem*. Tu przytoczono cytat z łkającą miną “…inne mają facetów a ja nieee”. Potem, że jak to możliwe, że taka fajna dziewczyna nie ma chłopaka “nie palisz, nie pijesz kawy i nie masz faceta. co to za życie?” Męski motyw stał się  osią całej dyskusji… szczególnie po tym jak kolega, z którym miałam wynajmować mieszkanie wystawił mnie do wiatru na dzień przed podpisywaniem umowy.

To doprowadziło mnie do desperackiego kroku: zamieszczenia ogłoszenia w internecie. Z myślą o przyszłych współlokatorach postarałam się by treść była zabawna i zachęcająca. Zadbałam nawet o uśmiechnięte zdjęcie! Skutek przeszedł moje najśmielsze oczekiwania… Sporo osób zgłosiło się w sprawie mieszkania lub też wysyłało mi namiary na zainteresowanych wynajmem pokoju. Płeć męska (to była liczba mnoga) – być może w przypływie chęci poprawienia swojego wizerunku – zwróciła uwagę nie tylko na treść ogłoszenia, ale na jego autorkę. I tak jak skomentowała to Słowianka “szukałaś mieszkania a znajdziesz męża”. Właściwie to znalazłam mieszkanie i idę na obiadokolację z mężczyzną… :)

*notabene ja jeszcze nie mam psa… ani kota/kotów :)

cdn.